Oferta

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracja. Pokaż wszystkie posty

3 września 2015

Jak koszenie trawy wyzwala moc twórczą, czyli obrazoburczo o pasjach.




Podobno dłuższa forma publikacji w internecie ma przyszłość! Nie wszyscy chodzą na skróty oczekując zamiast treści ładnej infografiki do mimowolnego przyswojenia! To dla mnie dobra wiadomość, że slow reading w sieci ma przyszłość. A dla Was?

Nie mogę zrobić wystarczająco dobrych zdjęć moim ostatnim wytworom ceramicznym, więc wracamy do cyklu o pasji i następującego przypadku, w kilku różnych odsłonach:

Nie mam pasji


Wariant: nie mam pasji. I jest mi z tym dobrze.


Czy zatem marnujesz czas?


Nie marnujesz :)

Skoro marnowanie czasu daje radość, to żyjesz z pasją. 
Obrazoburcze? 

5 listopada 2014

Twój najlepszy life-coach: ceramika

Jak przyjmować porażki?

Pewnie każdy, kto miał do czynienia z ceramiką, czysto hobbystycznie, czy zawodowo, spotkał się z tym paskudnym uczuciem zaraz po otwarciu pieca: zawód. Coś poszło nie tak. Wkładaliśmy do pieca piękny, wymuskany talerz. Napracowaliśmy się nad rzeźbą, godzinami projektowaliśmy wzór kafli. A tu: klops. Skurcz gliny, wybuch zbyt mokrej pracy, lub tylko pęknięcie, rozlane szkliwo, wypaczenie płaskich elementów, kolorystyka daleka od zamierzonej. 

Zdecydowanie jest ceramika dziedziną, której musimy zostawić przestrzeń na niespodzianki. Im więcej wiemy, tym bardziej ta przestrzeń się kurczy a efekt jest coraz bliższy zamierzonemu. Nawet wiedząc już bardzo dużo będziemy zaskakiwani, bo nie wiem, czy tak bogata i różnorodna sztuka (rzemiosło) da się poznać do końca jednemu człowiekowi. Raczej jest to suma wszystkiego, co każdy z nas robi w jej obrębie. Czerpiemy z siebie nawzajem a każdy z nas zostawia ceramice, jako sumie wszystkiego, czym jest, swoją unikalną cząstkę. 

Tu mała dygresja: jakiś czas temu pojawiło się koło mojej działalności słowo "konkurencja". Niosły te słowa zapewne przykre uczucia, takie, jak złość, żal, a pod tym wszystkim zapewne strach o własne interesy, a pod tym jeszcze zwykła niepewność siebie. W świetle tego, co napisałam wyżej: nie tworzę w tym obszarze, w którym słowo "konkurencja" może być pomyślane, a co dopiero wypowiedziane w formie wyrzutu. Dla mnie ta branża jest czymś, co ludzi łączy, nie dzieli. Można z siebie czerpać, uczyć się nawzajem, przekazywać doświadczenia, wiedząc jak kapryśna to dziedzina. A te wspólne warsztaty, festiwale ognia, wspólne budowanie pieców o wymyślnych kształtach. Nijak nie chce mi się pomyśleć w tym kontekście, że jeden ceramik więcej w okolicy może drugiemu coś zabrać. Ja tworzę i żyję w świecie, gdzie się sobą wzajemnie inspiruje, nie przeciw sobie konkuruje. Amen. Koniec dygresji.

 Poza tym, zwykle rozszerzamy zakres poszukiwań - i świetnie. Bo można zostać w tym, co robimy dobrze i co nam świetnie wychodzi - ale namawiałabym do wychodzenia poza to, co oswoiliśmy. Nie wiem, czy rozwój artystyczny jest gdzieś poza tym znanym i bezpiecznym, ale najlepszą frajdą, największą radością, jest kolejny dowód na to, że oswoiliśmy troszkę zwierza. A ono chce być oswajane i chce nam pokazać nowe sztuczki. Efekty to jedno. Są wspaniałe, dowartościowują nas i zwyczajnie cieszą serce, nadają sensu naszym staraniom. Ale to, czego dokonamy przekraczając znane, to rzecz zupełnie nie do kupienia za żadne pieniądze. I bardziej od nich wartościowa. Wychodźmy naprzeciw wyzwaniom. Tam możemy się dowiedzieć czegoś o sobie. A to wartość jest i kropka.

Więc co mamy zrobić, gdy tak wisimy nad piecem, a tam porażka?

No cóż, nie bierzmy tego tak absolutnie na serio i tak cholernie osobiście. 

Zmieńmy nasz stosunek do porażek, nastawienie, zarówno w procesie twórczym, jak i w chwili otwarcia pieca. To się przekłada także na nastawienie życiowe do spraw bardzo dalekich od ceramiki, ale tego już każdy musi dotknąć sam. Rada ode mnie: bądźmy otwarci na niespodzianki. Miejmy świadomość, że coś może pójść nie tak, wpiszmy niepowodzenia w proces twórczy jako niezbędne, w drodze do doskonalenia rzemiosła i w rozwój osobisty, bo nie tylko rzemiosło nam się przez porażki doskonali.

Ja zrobię kiedyś wpis z samymi porażkami. Nie wszystkie mam sfotografowane, ale opowiem o nich. Ostatnią porażkę (mam nadzieję, że do uratowania) pokażę już w następnej notce. Tymczasem jednak daję zdjęcie prac, które są sukcesem. Radością z efektów. Do tego stopnia, że obie, po wyjęciu z pieca zostały ucałowane w czółka. Że poszło tak, jak chciałam.





5 września 2014

Biało-niebieskie Åsgårdstrand Muncha

Åsgårdstrand to mała portowa osada w zachodniej części Oslofjordu. Miasteczko jest niezwykle urokliwie, spokojne. Typowe dla Norwegii niewielkie drewniane domki, przycupnięcie nad siatką uliczek, świecą tytanową bielą, co w połączeniu z mocnym kolorem nieba odbijającym się w fjordzie sprawia, że Åsgårdstrand zostanie w mojej pamięci biało-niebieskie.


Munch kupił dom w tej niewielkiej osadzie rybackiej, by mieszkać w nim i tworzyć w okresie letnim. Był z tego niezwykle dumny, nie był to bowiem najlepszy czas dla Muncha, jego obrazy nie sprzedawały się. 

Nie była to luksusowa posiadłość, to raczej skromna, dwuizbowa chata rybacka, z przyległym kurnikiem, z którego Munch zrobił pokój dla gości, jednak niezwykłe położenie oraz widok na fjord wgryzający się w ląd żebrowaniem portu sprawiały, że Munch znalazł tam inspirację. Z tych letnich wakacji pochodzą takie obrazy, jak: Taniec życia, Dziewczęta na moście czy Melancholia i inne Po pewnym czasie Munch dobudował  Atelier nieopodal domu, w którym dziś sprzedawane są reprodukcje jego dzieł, pamiątki i bilety do muzeum, które otwarto w domu Muncha tuż po wojnie. 


Mimo, że Munch mieszkał właściwie w Oslo i tam również tworzył, to właśnie gminie Horton, do której należy Åsgårdstrand pozostawił cały swój dorobek artystyczny. Oraz ten letni dom właśnie.


Wszystko w domu Muncha zostało na miejscu, wszystkie sprzęty są oryginalne, odremontowano tylko to, co konieczne - sufity, belki stropu.
Na zdjęciu wyżej skrzynia, którą wniosła w posagu narzeczona Muncha. Do ślubu nie doszło.
Stół z notatkami Muncha i szkicem kobiety.






Szafa z farbami, rozcieńczalnikami, paletami i innymi malarskimi utensyliami.
Równo ułożone tubki :)




Izba kuchenna:










Tutaj już pokój dla gości, czyli kurnik. Sztalugi ramy należały do artysty.



Pierwsza narzeczona artysty


Matka, lub siostra

Następna narzeczona malarza, skrzypaczka. I tym razem małżeństwo nie zostało zawarte. 

Widok z okna na fjord


detale skrzyni

Atelier Muncha:



Dom artysty leży przy ulicy jego imienia. Wszystkie skrzynki pocztowe są ozdobione kopiami jego najsłynniejszych prac, a w oknach widać gumowe, nadmuchiwane figurki przedstawiające bohatera Krzyku :)





Zachęcam do odwiedzenia Åsgårdstrand. Nie pokazuję więcej zdjęć samego miasteczka, żeby nie psuć Wam frajdy z odkrywania go. Jeszcze tylko kilka zdjęć wyszperanej w krajobrazie miasta ceramiki i rzeźby:













I tyle :) To koniec artystycznych opowieści urlopowych. Czas wrócić do pracy. Artystycznej :)
A biało-niebieskie Åsgårdstrand z pewnością odbije się w którejś z moich prac.